Po co ci zaświadczenia i certyfikaty? Wyrzuć je do kosza

18/10/2016Kariera, praca, rozwój Komentarze (0) Wrzuć na FB

Rzadko rozdaję zaświadczenia i certyfikaty uczestnikom prowadzonych przeze mnie szkoleń. Promuję takie podejście do papierologii, które zachęca do wyrzucenia wszystkich papierów do kosza, a ich już byłych właścicieli motywuję do pisania w swoim CV o umiejętnościach, a nie odbytych szkoleniach. Pracodawcy potrzebują Twoich umiejętności, a nie papierów!

Pogotowie Rekrutacyjne. Wyleczymy Twoje CV ›

Dlaczego NIE dla certyfikatów?

Nie podczas każdego szkolenia weryfikuje się wiedzę zdobytą przez uczestników. Ba! Nawet jak są jakieś testy, to nie jest on rzetelny – całościowy. A to z tej racji, że szkolenie jest zazwyczaj krótką formą. Jeśli trwa np. 1 dzień / 8 godzin, to tak głupio robić na końcu całogodzinny test.

Poza tym proces uczenia się trwa dłużej. Szkolenie jest dopiero tego początkiem. To tak, jakbyśmy twierdzili, że po wyjściu z lekcji czy wykładu już TO wiemy. A przecież jest zupełnie odwrotnie. Czujemy niedosyt i walczymy z dalszym zniechęceniem do uczenia się.

Gdybyśmy wszystkiego potrzebnego do pracy uczyli się w szkole, nie byłoby tylu form edukacji pozaformalnej. Człowiek rodzi się mądry, a potem idzie do szkoły. Mamy różne doświadczenia ze szkołami i uczelniami. Tak czy owak jesteśmy przekonani, że na okazjonalnych szkoleniach nauczymy się lepiej, więcej. Że w formie spakowanej, zwartej ktoś przedstawi nam całościowo jakieś zagadnienie. I temat załatwiony.

Chyba każdy, kto interesuje się procesami poznawczymi, przyswajania wiedzy, zgodzi się z tym, że nasze procesy myślowe podczas szkolenia nie koniecznie muszą nas doprowadzić do pełni sprawności intelektualnej w przedmiocie szkolenia. Czy po 8-godzinnym szkoleniu z robotyki mogę już nazywać się ekspertem w tej dziedzinie?

Większość z nas poczuje pewnie, że nie. I dobrze. Wprawdzie, trenerzy podczas szkoleń podają nam wiedzę w atrakcyjny sposób, wymyślają ciekawe ćwiczenia, aby ułatwić nam zapamiętanie. Wydaje mi się, że kultura certyfikatów albo po prostu system oświaty wykształcił w nas takie postawy, że aby domknąć nawet krótki proces kształcenia potrzeba na to papieru. Jesteśmy nauczeni w szkole, że za każdą naukę należy się ocena, dyplom, potwierdzenie stanu aktualnej wiedzy.

Tym wpisem chciałbym wyjść trochę na przeciw, pod prąd. Dlaczego w krajach skandynawskich w systemach edukacyjnych zrezygnowano z wystawiania ocen? Nie ma tam, jak u nas tej gonitwy między uczniami o najlepsze stopnie. Bo co z tego, że dostałeś 5+? Co z tego, że masz dyplom? Ale czy Ty to rozumiesz, czy potrafisz? Czy rzetelnie poznałeś dany wycinek wiedzy, a nie tylko to, czego wymagała od Ciebie szkoła?

Argumenty za zaświadczeniami i certyfikatami

Widzę tylko dwa rozsądne argumenty za rozdawaniem papierowych certyfikatów i zaświadczeń, a także za sensem ich istnienia.

  1. Szkolenia w wymiarze wielu godzin, gdzie jesteśmy poddawani licznym testom i egzaminom weryfikującym rzetelnie wiedzę, np. kursy księgowości czy kadrowe w Stowarzyszeniu Księgowych.
  2. Sytuacja, kiedy staramy się o stypendium naukowe i chcemy formalnie udowodnić swoją aktywność i rozwój. Albo kiedy staramy się o udział w jakimś projekcie, gdzie potrzeba formalnie coś udowodnić. W takich sytuacjach liczy się tylko papier, ale nie w celach rozwojowych czy edukacyjnych, tylko to służy do osiągnięcia zupełnie innych celów nie związanych z uczeniem się.

Pracodawcy oczekują umiejętności, a nie zaświadczeń i certyfikatów

Nieliczne są sytuacje zawodowe, kiedy potrzeba papierowych zaświadczeń i certyfikatów. Najczęściej dotyczą różnych uprawnień dla techników. Ale to wcale nie oznacza, że nie potrzebują żadnych umiejętności. Przecież ten papier nie spowoduje, że będą pracować lepiej i bardziej wydajnie. Pracodawcę interesuje, co wiesz, co potrafisz, a nie na co masz papier!

Dziś nawet od informatyków nie oczekuje się wykształcenia technicznego. Zamiast oglądania dyplomu inżyniera, rekruter zaprasza przed komputer programistę, aby sprawdzić jego umiejętności. Nie każdy informatyk zajmuje się i zna się na programowaniu. Informatyk nie równa się webmaster, nie równo się programista, nie równo się sieciowiec, nie równa się grafik, nie równa się spec od Excela. Co nie znaczy, że oni się na tym nie znają, bo najczęściej się znają. W zawodzie informatyka, i w wielu innych, liczą się skills-y.

Spotkałem kiedyś absolwenta geografii, który jest świetnym programistą. Czy wybrał źle studia? Niekoniecznie. Można przecież studiować dla pasji.

Podobnie, jak dziś w Polsce jest rynek pracownika, chciałbym, aby był rynek umiejętności. Ten rynek jest, bo pracodawcy niczego innego nie oczekują, jak tylko konkretnych umiejętności. Taki rynek umiejętności po stronie pracowników, kandydatów do pracy, w ich świadomości istnieje w szczątkowej formie.

Rada dla Ciebie

Przykładowo, jeśli uczestniczyłeś(aś) w szkoleniu z Microsoft Excel, które trwało 5 godzin – nie wpisuj tego do swojego CV. Na pewno to szkolenie uporządkowało Twoją wiedzę. Nauczyłeś(aś) się też czegoś nowego. Zamiast kolekcjonowania papierów, zaświadczeń i certyfikatów, skup się na tym, aby dokładnie określić poziom swoich umiejętności.

W rubryce umiejętności, wpisz zatem:

Microsoft Excel – poziom średniozaawansowany

Taka informacja okaże się cenniejsza dla rektutera niż sucha notka 0 5-godzinnym szkoleniu z Excela. Pamiętaj, że rektuterzy lubią konkrety, a nie przeglądać sterty papierów, które nie wiadomo skąd się wzięły (każdy może sam sobie nadrukować ich dziesiątki) i czy mają pokrycie w naszych umiejętnościach.

Nie ma tutaj jeszcze żadnych komentarzy. Możesz być pierwszy :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *